mardi 27 juin 2017

Francja po 5 latach.

Przyznaję bez bicia, że podobny wpis miałam zamiar opublikować we wrześniu, bo to właśnie 1 września minie 5 lat odkąd mieszkam we Francji. Wyszło jednak trochę inaczej, ponieważ letni projekt Klubu Polki na Obczyźnie jest właśnie o postrzeganiu naszego kraju emigracji po latach. Jeśli macie ochotę na małą, sentymentalną podróż przez te 5 lat życia w Paryżu, to zapraszam do lektury.



Co dzień tak sama zabawa się zaczyna
I przypomina dziecinne twoje sny -
Chcesz rozbić taflę szkła, a ona się ugina,
I tam są wszyscy, a naprzeciw - ty.

Tak się właśnie czułam na początku mojej emigracyjnej przygody. Mimo że biegle mówiłam po francusku, to szybko okazało się, że mój francuski, owszem, jest biegły, ale w Polsce. Nie, nie miałam problemów z komunikacją jako taką. Miałam problem z językiem potocznym, z grą słów, z osławionym już second dégré, czyli z podtekstami. Nie rozumiałam wszystkich żartów, nie potrafiłam wyłapać ukrytego znaczenia niektórych wypowiedzi czy toku rozumowania. Francuska mentalność w kwestii językowej, szczególnie u młodych ludzi, była mi tak bardzo obca, że czułam się właśnie jakbym była za szybą.  Szybko się uczyłam nowych słów, wyrażeń i żonglowania słowami. Jednak przez jakiś czas nie potrafiłam wyrobić w sobie limitów. Nie miałam w sobie tego filtra, który posiadam teraz i który mówi mi: ok, tego słowa raczej nie możesz użyć w tym i tym kontekście, bo jest zbyt potoczne czy może być obraźliwe dla kogoś innego. Tafla szkła w końcu zniknęła i obecnie mogę powiedzieć, że jestem w pełni dwujęzyczna. Mam to szczęście, że moi znajomi pochodzą z różnych środowisk, więc moja znajomość francuskiego rozwinęła się zarówno po stronie, powiedzmy, urzędowej i literackiej, jak i po stronie mowy potocznej. Ani verlan ani Proust nie mają dla mnie tajemnic.


To dla banitów świetny azyl, uwierz mi
Tu każdy między punktem wyjścia jest, a celem
Więc razem z nimi zawieszony tutaj tkwisz
W podziemiach metra - tam, gdzie krzyżują się tunele.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale kiedy przyjechałam do Francji, to miałam mocno rasistowskie podejście do innych emigrantów. Gdybyście wzięli byle jaką negatywną wypowiedź jakiegoś przypadkowego Polaka o emigrantach, to moglibyście sobie wyobrazić, że 5 lat temu podpisałabym się pod tą wypowiedzią. Nie jestem z tego dumna. Powiem nawet, że wstyd mi za takie podejście do innych ludzi i wstyd mi przed moimi znajomymi, którzy znosili wtedy moje wywody. Na szczęście, poszłam po rozum do głowy. Oczywiście, nie zmieniłam zdania z dnia na dzień. To był dosyć długi proces, do którego stopniowo dojrzewałam. Im więcej ludzi poznawałam mieszkając we Francji, im bardziej zróżnicowane kulturowo stawało się towarzystwo, w którym się obracałam, tym bardziej stawałam się otwarta. Z perspektywy czasu, wydaje mi się, że ta postawa była spowodowana kompleksami - a tych, zaczynając swoją emigracyjną przygodę, można nabawić się wiele. Wykonywanie pracy nieadekwatnej do wykształcenia, ciągłe szczypanie się ze wszystkim i walczenie o przetrwanie jest męczące i frustrujące. Człowiek nie widzi wtedy tego, że inni emigranci przeszli przez taką samą drogę. Zazdrość go zaślepia. Jednak im więcej czerpałam z obcych mi kultur i im lepiej mi się tutaj żyło, tym ta wydumana różnica między nami stawała się coraz mniej znacząca. Obecnie, cieszę się, że żyję w wielokulturowym państwie. Zdaję sobie sprawę z jego zalet i wad. Uważam jednak, że to nie religia ani kolor skóry definiują nas z góry jako dobrych lub złych, lepszych lub gorszych. To nasze czyny przechylają szalę na jedną lub drugą stronę. Nie dzielę już rzeczy na czarne i białe. Po prostu cieszę się z tego, co wielokulturowość mi oferuje. Każdego dnia, jestem bogatsza o nowe doświadczenia.



Wybudujemy wieżę -
Wierzę, wierzę, wierzę...
Choć różne słowa, różny kolor skór...

Moi znajomi śmieją się, że jestem bardziej francuska niż Francuzi. Może coś w tym jest. Przyjeżdżając do Francji 5 lat temu, nie wiedziałam, że ten kraj naprawdę stanie się moim domem. Byłam pełna obaw, co do tej przeprowadzki. Bałam się, że pozostanę za tą szybą. Udało mi się jednak zrozumieć mentalność Francuzów i ją zaadoptować. Nic nie przyszło od razu, jednak obecnie mogę pochwalić się iście francuską mentalnością - uważam się za osobę tolerancyjną, otwartą na różne kultury, orientacje seksualne i inne rzeczy, które nadal szokują Polaków. Zaadoptowałam francuski styl ubierania się. Nie boję się rozdawać la bise na prawo i lewo, mówię dzień dobry, dziękuję i przepraszam po sto razy dziennie i umiem wybrać wino do kolacji. Do tego przestrzegam pór posiłków. Przypuszczam, że na ulicy nie wyróżniam się z tłumu Paryżan. Wszystko to przyszło mi naturalnie, z czasem, mimo że początkowo nie rozumiałam niektórych z wyżej wymienionych rzeczy. Jednak jedną z najważniejszych rzeczy jest to, że we Francja pozwoliła poczuć mi się kobietą. Cenię sobie ten kraj za to, że dzięki niemu wyzbyłam się krytycznego spojrzenia na wygląd innych i sama doceniłam to, co mam. Nie oceniam innych, bo sama nie jestem oceniana. Czuję się za to wolna. Francja dała mi wolność. I tę wolność doceniam najbardziej.